i trochę chorobotwórczo...
Przylazła jakaś łajza za moim mężem do domu...że niby koleżanka....myślę- napije się kawy i pójdzie.
Ale gdzie! Została na cały wekend! I na dodatek zaciągnęła mojego chłopa do łóżka.
No żesz....!
A po wekendzie... oświadczyła, że posiedzi jeszcze tydzień. - "taka imprezka"!
No żesz....!
Ale po tygodniu, chyba się znudziła moim mężem... i zaczęła mi robić jakieś awanse...
No żesz....!
Przegięła. Więc użyłam wszelkich środków perswazji co by ją z domu wykurzyć.
Jeszcze nie do końca mi się to udało bo na razie siedzi przyczajona w kącie i łypie na mnie załzawionym okiem...
Pytacie jak się nazywa....jakoś....Grypa, czy inna Bakteria.... w sumie co za różnica, sucz jest i tyle!.
A żeby udowodnić tej łajzie, że jej zakusy nic a nic mnie nie ruszają, zakwitłam sobie parę pęczków prymulek. W najróżniejszych kolorach...jak to u prymulek :-)
Dziś zaprezentuję te które wylądowały na marcowym zielonym wyzwaniu u Danutki.
Lubię zielony.
To podobno kolor nadziei.
Co pasuje do seledynowego?
Pojęcia nie mam.
A jak nie mam pojęcia to daję biały.
Bardzo lubię białe koszule i topy. I mam ich sporo. Nie dość, że elegancko to i głowić się nie trzeba bo do wszystkiego pasuje. ;-D
To idę zajrzeć do chrześniaka ;-)